Powieść Anne Brontë, po raz pierwszy po polsku.
RSS
niedziela, 05 kwietnia 2009
Rozdział VII: Horton Lodge (7)

Wiedza moja o hafcie pochodziła całkowicie od mojej uczennicy i z własnych obserwacji; jednak kiedy tylko zostałam wprowadzona w jego tajniki, panna Murray znalazła dwadzieścia różnych sposobów, aby mnie zająć: na moje barki spadło wszystko, co w robótkach nużące; jak naciąganie ram, obrębianie płócien, sortowanie wełenek i jedwabi, przygotowywanie podkładów, liczenie szwów, naprawianie błędów i wykańczanie prac, które jej się znudziły.

Mając lat szesnaście była nieco swawolna, nie bardziej jednak niż jest to naturalne i przystoi dziewczynie w tym wieku; jednak rok później cecha ta, jak i inne, zaczęła ustępować większej pasji i szybko została pochłonięta przez wszechwładną ambicję przyciągnięcia i oczarowania płci przeciwnej. Dosyć jednak o Rosalie: zwróćmy się ku jej siostrze.

Panna Matilda Murray była istną chłopczycą, o której mówić wiele nie trzeba. Była około dwa i pół roku młodsza od siostry; rysy miała grubsze, cerę dużo ciemniejszą. Miała szansę stać się przystojną kobietą, ale była zdecydowanie zbyt grubokoścista i niezgrabna, aby ktokolwiek nazwał ją ładną dziewczyną, na czym zresztą na razie niewiele jej zależało. Rosalie zdawała sobie sprawę ze swoich uroków, sądziła, że są większe, niż były w istocie, i ceniła je wyżej, niż byłoby to stosowne, gdyby były trzykrotnie znaczniejsze; Matilda była ze swojego wyglądu zadowolona, ale nie przywiązywała doń wielkiej wagi; jeszcze mniej zależało jej na kultywowaniu zalet umysłu i pielęgnowaniu godnych prezentacji talentów. Sposób, w jaki odrabiała lekcje i ćwiczenia muzyczne, musiał doprowadzić do desperacji każdą guwernantkę. Choć zadania jej były krótkie i łatwe, jeżeli wykonywała je w ogóle, robiła to pobieżnie, generalnie w momencie najmniej odpowiednim i w sposób najmniej dla siebie korzystny, a dla mnie najmniej satysfakcjonujący; odbębniając krótkie pół godziny nauki, bez przerwy miała do mnie pretensje, a to że przerywam jej poprawkami, a to że nie poprawiam jej błędów jeszcze przed ich popełnieniem, lub o coś równie nierozsądnego.

Raz i drugi odważyłam się poważnie zbesztać ją za takie nieracjonalne zachowanie; za każdym razem jednak zostałam tak przywołana do porządku przez jej matkę, że nabrałam przekonania, iż aby utrzymać się na posadzie, muszę zachowywać się zgodnie z życzeniami panny Matildy.

Jednak jej zły humor mijał zazwyczaj wraz z lekcjami; jeżdżąc na swym pełnym wigoru kucyku lub swawoląc z psami, z braćmi lub siostrami, a zwłaszcza z ukochanym bratem Johnem, była szczęśliwa jak skowronek. 

16:48, agnesgrey
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 marca 2009
Rozdział VII: Horton Lodge (ilustracja)

Rysunek Anne Brontë

Rysunek Anne Bronte 

14:25, agnesgrey
Link Dodaj komentarz »
Rozdział VII: Horton Lodge (6)

Nie należy jednak sądzić, że mam do wyjawnienia jakieś straszne tajemnice; była pełna życia, niefrasobliwa, i potrafiła być bardzo miła dla tych, którzy jej się nie sprzeciwiali. W stosunku do mnie, zaraz po moim przybyciu, była zimna i wyniosła, później zuchwała i arogancka; jednak kiedy się bliżej poznałyśmy, stopniowo przestała się pysznić i z czasem przywiązała się do mnie tak mocno, jak było to możliwe w stosunku do kogoś o moim charakterze i pozycji; rzadko bowiem zapominała na dłużej niż pół godziny, że jestem najętą nauczycielką i córką biednego duchownego; a jednak wierzę, że w gruncie rzeczy szanowała mnie bardziej, niż sama zdawała sobie sprawę, ponieważ byłam w całym domu jedyną osobą niezłomnie kierującą się zasadami, zawsze mówiącą prawdę i ogólnie starającą się sprawić, aby wrodzone skłonności ustąpiły obowiązkom; mówię to zaś nie w tym celu, aby się chwalić, ale aby ukazać nieszczęsną kondycję rodziny, której świadczyłam w owym czasie usługi. U żadnego z jej członków ten smutny brak zasad nie sprawiał mi tyle przykrości, co u panny Murray; nie tylko dlatego, że mnie sobie upodobała, ale dlatego, że tyle było w niej cech przyjemnych i ujmujących, że, pomimo jej słabości, naprawdę ją lubiłam – kiedy nie wzbudzała mojego oburzenia albo irytacji zbyt ostentacyjnym pokazem wad, które jednak, jak pragnęłam sama siebie przekonać, były raczej efektem otrzymanego przez nią wychowania niż wrodzonego usposobienia; nigdy nie nauczono jej jasno odróżniać dobra od zła; podobnie jak jej braciom i siostrom pozwalano jej od najwcześniejszego dzieciństwa tyranizować niańki, guwernantki i służące; nie nauczono jej powściągać pragnień, trzymać nerwów na wodzy i kontrolować zachcianek, ani też poświęcać własnych przyjemności dla dobra innych; jako że z natury miała dobry temperament, nigdy nie bywała gwałtowna ani posępna, ale w wyniku nieustannego pobłażania i lekceważenia nakazów rozsądku bywała często rozdrażniona i kapryśna; jej umysł nie był nigdy doskonalony: jej intelekt w najlepszym razie nieco płytki; posiadała dużo wigoru, bystrość i pewien talent muzyczny oraz językowy, ale do ukończenia piętnastego roku życia nie zadała sobie żadnego trudu, aby się czegokolwiek nauczyć; wtedy dopiero upodobanie do występów pobudziło jej zdolności i skłoniło ją do pracy, jednak tylko nad tym, co nadawało się do publicznej prezentacji; kiedy przybyłam, było tak samo – zaniedbane było wszystko z wyjątkiem francuskiego, niemieckiego, muzyki, śpiewu, tańca, robótek i w pewnym stopniu rysunków – takich rysunków, które dawały największy efekt przy najmniejszym nakładzie pracy, i w których przygotowaniu ja miałam zazwyczaj największy udział. Muzyki i śpiewu, oprócz sporadycznych lekcji udzielanych przeze mnie, uczył ją najlepszy nauczyciel, jakiego można było kupić; i w tych dwóch dziedzinach, jak i w tańcu, osiągnęła bez wątpienia dużą biegłość. Muzyce poświęcała w istocie zbyt wiele czasu, co jako jej guwernantka częstokroć powtarzałam: jej matka uważała jednak, że skoro sprawia jej to przyjemność, to żadna ilość czasu nie jest zbyt wielka, aby wykształcić tak atrakcyjną umiejętność. 

14:16, agnesgrey
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 marca 2009
Rozdział VII: Horton Lodge (5)

- W każdym razie jednak, panno Grey – powiedziała – mam nadzieję, że nie będzie pani okazywać zdenerwowania, a tylko łagodność i cierpliwość, szczególnie kochanemu Charlesowi, który jest tak niezmiernie nerwowy i wrażliwy, i tak przyzwyczajony do jak najdelikatniejszego traktowania. Wybaczy mi pani, że mówię o tych sprawach; prawda jest jednak taka, że dotychczas wszystkie guwernantki, nawet te najlepsze, okazały się w tej kwestii zawodne. Brakowało im tego łagodnego i cichego ducha, o którym święty Mateusz, czy któryś z nich, mówi, że jest lepszy niż strojne szaty – na pewno zna pani ustęp, do którego nawiązuję, jest pani przecież córką duchownegp; ale nie wątpię, że okaże się pani pod tym względem równie godna zaufania, jak pod innymi. Proszę też pamiętać, gdyby ktoś z młodych zachował się w nieodpowiedni sposób, jeśli nie wystarczy perswazja i łagodne napomnienie, proszę pozwolić, aby jedno z pozostałych dzieci przyszło mi o tym powiedzieć; ja bowiem mogę rozmawiać z nimi bardziej otwarcie, niż byłoby to odpowiednie z pani strony. I niech pani sprawi, aby byli jak najszczęśliwsi, panno Grey, a śmiem twierdzić, że poradzi sobie pani znakomicie.

Zauważyłam, że troszcząc się tak pieczołowicie o wygodę i szczęście swoich dzieci, i nieustannie o nich mówiąc, pani Murray ani razu nie wspomniała o mnie, pomimo iż dzieci znajdowały się w domu, otoczone przyjaciółmi, ja zaś byłam obca wśród nieznajomych; i nie znałam jeszcze świata na tyle, żeby nie być znacznie zdumioną taką nieprawidłowością.

Panna Murray, czyli Rosalie, miała lat szesnaście, gdy przybyłam, i była zdecydowanie bardzo ładną dziewczyną; w ciągu kolejnych dwóch lat, gdy czas rozwinął w pełni jej kształty i dodał wdzięku ruchom i zachowaniu, stała się prawdziwą, niepoślednią pięknością. Była wysoka i szczupła, ale nie chuda, miała idealną figurę, śliczną, jasną cerę, niepozbawioną intensywnego, zdrowego blasku; włosy, układające się w obfitość długich loków, miały kolor jasnobrązowy, mocno skłaniający się ku żółtemu; jej oczy były jasnobłękitne, ale tak czyste i błyszczące, że mało kto życzyłby sobie, aby były ciemniejsze; rysy twarzy miała drobne, ani zupełnie regularne, ani uderzająco nieregularne, ale w sumie bez wahania można było określić ją jako prześliczną dziewczynę. Żałuję, że o jej umyśle i usposobieniu nie mogę powiedzieć tego samego, co o jej kształtach i fizjonomii. 

20:26, agnesgrey
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 marca 2009
Rozdział VII: Horton Lodge (4)

Zaczynając od głowy rodziny: pan Murray był, wedle powszechnej opinii, zawadiackim hulaką, wiejskim dziedzicem oddanym polowaniom na lisy, umiejętnym jeźdźcem i kowalem, aktywnym, praktycznym gospodarzem i szczerym bon-vivantem – mówię wedle powszechnej opinii, ponieważ za wyjątkiem niedziel, kiedy chodził do kościoła, nie widywałam go przez całe miesiące, chyba że przechodząc przez sień lub spacerując po parku napotkałam przypadkiem rosłą, tęgą postać dżentelmena o szkarłatnych policzkach i karmazynowym nosie; w takich okolicznościach, jeśli przechodził na tyle blisko mnie, aby się odezwać, zaszczycał mnie bezceremonialnym skinieniem, któremu towarzyszyło „Dzień dobry, panno Grey” lub podobne krótkie powitanie. Często natomiast z dala dobiegał mnie jego głośny śmiech, a jeszcze częściej słyszałam, jak przeklina i bluźni na lokajów, stajennego, woźnicę lub innego nieszczęsnego służącego.

Pani Murray była przystojną, elegancką damą w wieku lat czterdziestu, z pewnością nie potrzebującą uroków swych uzupełniać różem czy poduszeczkami; jej głównymi rozrywkami były, a w każdym razie takie można było odnieść wrażenie, wydawanie przyjęć i uczęszczanie na przyjęcia oraz strojenie się wedle najnowszej mody.

Po raz pierwszy zobaczyłam ją dopiero o godzinie jedenastej rano w dzień po moim przybyciu, kiedy zaszczyciła mnie wizytą, tak jak moja matka mogłaby wstąpić do kuchni, żeby zobaczyć nową służącą – a jednak nie zupełnie tak samo, bowiem matka moja odwiedziłaby ją natychmiast po przybyciu, nie czekając do dnia następnego; a ponadto odniosłaby się do niej w sposób bardziej uprzejmy i przyjazny, i do jasnego objaśnienia obowiązków dodała słowa otuchy; pani Murray nie zaoferowała jednak ani jednego, ani drugiego. Wracając z pokoju gospodyni, gdzie dysponowała obiad, wstąpiła po prostu do sali szkolnej, przywitała się ze mną, postała dwie minuty przy kominku, powiedziała parę słów o pogodzie i „dość trudnej” podróży, którą musiałam odbyć poprzedniego dnia; pogłaskała najmłodsze dziecko – dziesięcioletniego chłopca, który, poczęstowawszy się jakąś smakowitą przekąską z zapasów gospodyni, właśnie wytarł buzię i ręce o jej suknię – powiedziała mi, jakim jest słodkim, grzecznym chłopczykiem, po czym odpłynęła z pełnym samozadowolenia uśmiechem na twarzy, bez wątpienia przekonana, że jak na razie zrobiła wystarczająco dużo, traktując mnie przy tym z zachwycającą łaskawością. Jej dzieci wyraźnie tę opinię podzielały, ja jedyna się z niej wyłamywałam.

Potem odwiedziła mnie jeszcze raz czy dwa pod nieobecność moich uczniów, aby oświecić mnie w kwestii moich obowiązków względem nich. Jeśli chodzi o dziewczynki, zależało jej tylko na tym, aby sprawiały wrażenie powierzchownie atrakcyjnych i na pokaz utalentowanych,  w takim stopniu, jaki będzie możliwy bez sprawiania im kłopotu czy też niewygody; ja miałam postępować zgodnie z tym wymaganiem – uczyć i starać się zabawiać, sprawiać przyjemność, kształcić, uszlachetniać i nadawać ogładę przy jak najmniejszym wysiłku z ich strony i żadnej władzy z mojej. Jeśli chodzi o dwóch chłopców, wymagania były bardzo zbliżone, tylko zamiast szlifowania talentów, miałam głowy ich napełnić jak największą ilością gramatyki łacińskiej i łacińskiego elementarza Valpy’ego, aby przygotować ich do szkoły – a w każdym razie taką ilością, jaka nie sprawi im kłopotu. John jest może „nieco pełen wigoru”, a Charles „nieco nerwowy i znudzony—”

 

23:43, agnesgrey
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 marca 2009
Rozdział VII: Horton Lodge (3)

Następnego ranka obudziłam się z dziwnym wrażeniem osamotnienia, dotkliwie naraz odczuwając tak nowość mego położenia, jak i pozbawioną radości ciekawość tego, co jeszcze nieznane. Czułam się jak ten, kto porwany zaklęciem, nagle spada z chmur na jakiś odległy i nieodkryty ląd, zupełnie odcięty od wszystkiego, co widział i znał do tej pory; albo też jak ziarno ostu unoszone z wiatrem do obcego zakątka nieprzychylnej ziemi, gdzie musi długo leżeć, zanim zapuści korzenie i wykiełkuje, czerpiąc odżywcze soki z tego, co wydaje się tak odległe jego naturze, jeśli w ogóle kiedykolwiek mu się to uda; to jednak nie oddaje właściwie moich uczuć; i nikt, kto nie prowadził tak spokojnego, ustabilizowanego życia jak ja, nie jest w stanie wyobrazić ich sobie – nawet gdyby wiedział, jak to jest, obudzić się pewnego ranka i stwierdzić, że jest się w Port Nelson w Nowej Zelandii, a cały świat wód oddziela nas od wszystkich znajomych.

Długo nie zapomnę szczególnego uczucia, z którym uniosłam zasłonę i wyjrzałam na nieznany świat – wzrok mój napotkał tylko bezkresną, białą dzicz, bezmiar –

„Pustkowi w śniegu zatraconych
i bielą ciężkich lasów.”

Zeszłam do sali szkolnej, żeby poznać moich uczniów, bez większego entuzjazmu, choć i nie bez pewnej ciekawości, co ujawni bliższa z nimi znajomość. Jedną rzecz, wśród innych, których waga była bardziej oczywista, ustaliłam sama ze sobą; muszę od samego początku zwracać się do nich panno i paniczu. Konwenans ten wydawał mi się zimny i nienaturalny pomiędzy dziećmi rodziny a ich nauczycielką i codzienną towarzyszką, zwłaszcza w przypadku dzieci tak jeszcze małych, jak miało to miejsce w Wellwood House; jednak nawet tam fakt, że mówiłam do małych Bloomfieldów po imieniu, postrzegany był jako obraźliwa swoboda obyczajów, co ich rodzice usilnie starali się mi okazać, w rozmowach ze mną demonstracyjnie określając ich mianem panicza i panny Bloomfield. Długo trwało, zanim pojęłam aluzję, ponieważ cała sytuacja uderzyła mnie jako zupełnie absurdalna; jednak teraz postanowiłam być mądrzejsza i od razu rozpocząć od takiej etykiety i ceremonii, jakich wymagać będzie wedle wszelkiego prawdopodobieństwa każdy z członków rodziny; że zaś dzieci są tu o wiele starsze, będzie z tym mniej trudności; choć te małe słówka panna i panicz zdawały się w zdumiewający sposób tłumić wszelką poufałą, z otwartego serca płynącą dobroć i gasić wszelki promyk serdeczności, który mógłby pomiędzy nami zaistnieć.

Poczucie miłosierdzia nie pozwala mi przelać na czytelnika całej doświadczonej przeze mnie nudy, jak uczyniłby to Morwa, nie będę dalej zadręczać go najdrobniejszymi detalami wszystkich odkryć i wydarzeń tego i następnego dnia. Bez wątpienia wystarczy z naddatkiem skrótowy szkic różnych członków rodziny oraz ogólny obraz pierwszego roku czy dwóch mojego pobytu wśród nich.

 

21:30, agnesgrey
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 października 2008
Rozdział VII: Horton Lodge (2)

Matylda, postawna pannica lat około czternastu, odziana w krótką sukienkę i pantalony, wzruszyła ramionami i skrzywiła się lekko, ale wzięła świeczkę i poprowadziła mnie za sobą na górę, tylnymi schodami, długimi i stromymi, a następnie długim, wąskim korytarzem do małego, lecz w miarę wygodnego pokoju. Zapytała, czy napiję się herbaty albo kawy. Miałam już odmówić, ale przypomniawszy sobie, że nie miałam nic w ustach od siódmej rano i w rezultacie czuję się słabo, odparłam, że wypiję filiżankę herbaty. Mówiąc, że powie “Brownowi”, młoda dama wyszła; i ledwie zdążyłam zdjąć ciężki, mokry płaszcz, szal, kapelusik, etc., pojawiła się jakaś afektowana dziewczyna mówiąc, że panny chciałyby wiedzieć, czy wypiję herbatę w pokoju, czy w sali szkolnej. Wymawiając się zmęczeniem, zdecydowałam się zostać w pokoju. Dziewczyna wyszła, a po chwili wróciła z małą tacą do herbaty, którą postawiła na komodzie, służącej jako toaletka. Grzecznie jej podziękowawszy, zapytałam, o której godzinie będę oczekiwana rano.

- Panny i panicze jedzą śniadanie o wpół do dziewiątej, proszę pani – odparła. – Wstają wcześnie; ale rzadko mają lekcje przed śniadaniem, więc myślę, że wystarczy, jeśli wstanie pani tuż po siódmej.

Poprosiłam, żeby była tak dobra i przyszła mnie obudzić o siódmej; obiecała to zrobić i wyszła. Posiliwszy się po długim poście filiżanką herbaty i kawałkiem chleba z masłem, usiadłam obok kominka, w którym żarzył się mały ogień, i pogrążyłam w serdecznym płaczu; po czym odmówiłam modlitwy i z poczuciem znacznej ulgi zaczęłam przygotowywać się do pójścia spać; odkrywszy jednak, że nie przyniesiono mojego bagażu, rozpoczęłam poszukiwanie dzwonka; a nie znalazłszy takiego udogodnienia w żadnym rogu pokoju, wzięłam świeczkę i udałam się przez długi korytarz i w dół stromych schodów na odkrywczą wyprawę. Spotkawszy po drodze dobrze ubraną kobietę, powiedziałam jej, czego szukam, nie bez znacznego wahania, jako że nie byłam zupełnie pewna, czy należy do wyższych rangą służących, czy też jest to sama pani Murray. Okazało się jednak, że to pokojowa pani.

Z miną osoby wyświadczającej niecodzienną przysługę, podjęła się przysłać moje rzeczy na górę; wróciłam do swojego pokoju, gdzie pogrążona w myślach czekałam przez dłuższy czas, obawiając się bardzo, że zapomniała albo nie dotrzymała obietnicy; niepewna, czy powinnam czekać dalej, iść do łóżka czy zejść raz jeszcze na dół; aż wreszcie moją nadzieję rozbudziły głosy i śmiechy, którym towarzyszyło tupanie w korytarzu, i po chwili mój bagaż został wniesiony do pokoju przez służącą o ordynarnym wyglądzie i jakiegoś mężczyznę, z których żadne nie traktowało mnie ze szczególnym respektem.

Zamknąwszy drzwi, usłyszałam ich oddalające się kroki, i rozpakowawszy kilka rzeczy, udałam się wreszcie na spoczynek, z zadowoleniem, bo byłam zmęczona na ciele i umyśle.
20:18, agnesgrey
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 października 2008
Rozdział VII: Horton Lodge (1)

ROZDZIAŁ VII

HORTON LODGE

TRZYDZIESTY PIERWSZY dzień stycznia był burzliwy i dziki; wiał silny północny wiatr, miotając śniegiem po ziemi i unosząc go w powietrznych wirach. Najbliżsi moi pragnęli, bym opóźniła wyjazd, lecz nie chcąc na samym początku wywrzeć złego wrażenia na pracodawcach takim brakiem punktualności, postanowiłam dotrzymać umówionego terminu spotkania.

Nie będę nużyć czytelnika szczegółami mojego wyjazdu z domu w ten ciemny zimowy poranek, czułych pożegnań, długiej–długiej podróży do O_____, samotnego oczekiwania w gospodach na dyliżanse lub pociągi – istniało bowiem wtedy kilka linii kolejowych – a wreszcie spotkania w O_____ ze służącym pana Murraya, który został wysłany z faetonem, żeby zawieźć mnie do Horton Lodge.  

Powiem tyle tylko, że obfite opady śniegu tak bardzo utrudniły podróżowanie zarówno koniom, jak i parowozom, że do celu podróży dotarłam kilka godzin po zmroku, oraz że pod koniec rozszalała się burza, która uczyniła z tych kilku mil dzielących O_____ od Horton Lodge długą i znojną przeprawę. Siedziałam zrezygnowana, zimny, ostry śnieg przedostawał się przez moją woalkę i zalegał na kolanach, nie widziałam nic i zastanawiałam się, jak nieszczęsny koń i woźnica w ogóle są w stanie posuwać się naprzód; a posuwaliśmy się mozolnie, ledwie torując sobie drogę.  

Wreszcie zatrzymaliśmy się; na wezwanie woźnicy ktoś odsunął zasuwę i usłyszałam skrzypienie, którego źródłem były, jak się wydawało, zawiasy otwieranej bramy parku. Dalej pojechaliśmy równiejszą drogą, z której niekiedy dostrzegałam jakąś ogromną, obieloną bryłę, przeświecającą przez ciemność, w której domyślałam się fragmentu ośnieżonego drzewa.

Po dłuższej chwili zatrzymaliśmy się ponownie, przed majestatycznym portykiem dużego domu o długich oknach sięgających ziemi.

Z niejakim trudem podniosłam się spod przytłaczających mnie zasp śniegu i wysiadłam z powozu, oczekując serdecznego i gościnnego przyjęcia, które wynagrodzi mi znoje i niewygody minionego dnia. Czarno odziany mężczyzna o wyglądzie dżentelmena otworzył drzwi i wpuścił mnie do przestronnego westybulu, oświetlonego zawieszoną u sufitu lampą o barwie bursztynu; poprowadził mnie przez westybul, potem korytarzem, i otwierając drzwi pokoju znajdującego się na końcu oznajmił, że jest to sala szkolna. Wszedłszy, ujrzałam dwie młode damy i dwóch młodych dżentelmenów, moich przyszłych uczniów, jak sądziłam. Po formalnym powitaniu, starsza dziewczynka, nieuważnie bawiąca się kawałkiem płótna i koszykiem niemieckich wełenek, zapytała, czy chcę iść na górę.

Odpowiedziałam oczywiście twierdząco.

- Matyldo, weź świeczkę i zaprowadź ją do jej pokoju – powiedziała.

20:31, agnesgrey
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 października 2008
Rozdział VI: Z powrotem na plebanii (4)

Matka moja nie była tym wcale zachwycona i teraz zaczęła sprzeciwiać się przyjęciu przeze mnie posady, w czym wspierała ją gorąco moja siostra, ja jednak nie chciałam, aby mi znów pokrzyżowano plany, i postawiłam na swoim; uzyskawszy wpierw zgodę ojca, który nieco wcześniej dowiedział się był o całej sprawie, napisałam jak najgrzeczniejszą epistołę do mej nieznanej korespondentki i wreszcie umowa została zawarta.  

Zdecydowano, że ostatniego dnia stycznia mam podjąć obowiązki jako guwernantka w rodzinie pana Murraya, zamieszkałego w Horton Lodge, w pobliżu O_____, w odległości około siedemdziesięciu mil od naszej wioski – znaczna dla mnie odległość, jako że podczas mego dwudziestoletniego pobytu na Ziemi nie oddaliłam się nigdy więcej niż dwadzieścia mil od domu, a ponadto ani ja, ani nikt z moich przyjaciół nie znał nawet przelotnie nikogo z tamtej rodziny i jej sąsiedztwa. W moich oczach sytuacja była przez to jeszcze bardziej ekscytująca: w dużym stopniu pozbyłam się już tej mauvaise honte*, która tak bardzo dokuczała mi w przeszłości; przyjemnym podnieceniem napełniała mnie myśl o zapuszczeniu się w nieznane rejony i samotnej podróży wśród ich obcych mieszkańców; pochlebiałam sobie, że zobaczę kawałek świata; rezydencja pana Murraya znajdowała się w pobliżu dużego miasta, nie zaś w okolicy fabrycznej, gdzie ludzie nie mają nic innego do roboty jak zarabiać pieniądze; pozycją, z tego co udało mi się dowiedzieć, mój nowy pracodawca przewyższał pana Bloomfielda, i bez wątpienia należał do tych pełnokrwistych dżentelmenów, o których mówiła moja matka, a którzy guwernantce okazują należne względy, jako damie godnej szacunku i dobrze wykształconej, nauczycielce i przewodniczce dzieci, nie tylko wyższej rangą służącej. Moi uczniowie zaś, starsi niż poprzedni, będą zarazem rozsądniejsi, łatwiejsi w uczeniu i nie tak kłopotliwi, mniej czasu spędzać będą zamknięci w pokoju szkolnym, nie wymagając stałej pracy i nieustannej czujności, a wreszcie – jasne wizje mieszały się z nadziejami, z którymi opieka nad dziećmi i zwykłe obowiązki guwernantki miały niewiele lub nic wspólnego; czytelnik dostrzeże więc, że nie można było widzieć we mnie córki poświęcającej się z miłości do rodziców, rezygnującej ze spokoju i wolności po to tylko, aby nagromadzić środki dla ich pocieszenia i wsparcia, choć na pewno pocieszenie ojca i wsparcie w przyszłości matki odgrywało dużą rolę w moich przemyśleniach, a pięćdziesiąt funtów zdawało się sumą niebagatelną. Potrzebne mi przyzwoite, godne nowego stanowiska ubrania, muszę, jak się zdaje, opłacić praczkę, a także cztery podróże pomiędzy Horton Lodge a domem rocznie; jednak jeśli będę bacznie oszczędzać, na pewno dwadzieścia funtów, lub nieco więcej, wystarczy na pokrycie tych wydatków, a wtedy pozostanie mi do odłożenia w banku trzydzieści, lub nieco mniej; co za wartościowe uzupełnienie naszych zapasów! Och! Muszę się starać, by utrzymać tę posadę, jakakolwiek się okaże! Tak dla zachowania godności w oczach najbliższych, jak i oddania im wartościowej przysługi, jeśli wytrwam.  

------
* mauvaise honte – (fr.) nieśmiałość (przyp. tłum.)

12:47, agnesgrey
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 września 2008
Rozdział VI: Z powrotem na plebanii (3)

Po dłuższej rozmowie matka obiecała pomóc mi raz jeszcze, pod warunkiem, że poczekam i będę cierpliwa; poruszenie tego tematu w rozmowie z ojcem pozostawiłam jej, jak i wybór najlepszej pory i sposobu, ani przez chwilę nie wątpiąc, że uda jej się uzyskać jego zgodę. 

W międzyczasie przeglądałam z wielkim zainteresowaniem kolumny reklamowe w gazetach i odpowiadałam na każde „Guwernantka poszukiwana”, które miało choćby najmniejszą szansę okazania się dla mnie odpowiednim; jednak wszystkie listy, a także odpowiedzi na nie, jeśli takowe były, sumiennie pokazywałam matce, ona zaś, ku mojemu utrapieniu, kazała mi odrzucać jedną posadę po drugiej – Ci ludzie nie mają wystarczająco wysokiej pozycji, ci mają zbyt wysokie wymagania, ci zaś oferują zbyt skąpe wynagrodzenie. 

- Nie każda córka biednego duchownego posiada talenty równe twoim, Agnes – mówiła. – Nie wolno ci ich marnować. Pamiętaj, obiecałaś być cierpliwa – nie ma powodu się spieszyć – masz mnóstwo czasu i możesz jeszcze otrzymać wiele propozycji. 

Wreszcie poradziła mi, abym sama umieściła w gazecie ogłoszenie, podając swoje kwalifikacje, etc. 

- Muzyka, śpiew, rysunek, francuski, łacina i niemiecki – powiedziała – to szeroka gama umiejętności; niejedna rodzina cieszyłaby się z nauczycielki potrafiącej tak wiele; i tym razem spróbujesz szczęścia u rodziny o nieco wyższej pozycji – u prawdziwego dżentelmena czystej krwi, bo jest bardziej prawdopodobne, że tacy ludzie potraktują cię z właściwym szacunkiem i względami, niż ci dumni ze świeżo zgromadzonego bogactwa handlarze i aroganccy parweniusze. Znam wielu przedstawicieli klas wyższych, którzy swoje guwernantki traktowali jak członka rodziny; choć muszę przyznać, że niektórzy są tak wyniośli i wymagający, jak to tylko możliwe: we wszystkich klasach istnieją bowiem ludzie źli i dobrzy. 

Ogłoszenie zostało szybko napisane i wysłane. Z dwóch osób, które na nie odpowiedziały, tylko jedna zgodziła się przyznać mi wynagrodzenie w wysokości pięćdziesięciu funtów, czyli sumy, której kazała mi żądać matka; w jej przypadku zaś miałam wątpliwości, czy powinnam przyjąć posadę, bałam się bowiem, że dzieci są zbyt duże, a ich rodzice będą oczekiwać kogoś o poważniejszej aparycji, z większym doświadczeniem, jeśli nie większymi umiejętnościami; matka odwiodła mnie jednak od odrzucenia propozycji z tego powodu: powiedziała, że poradzę sobie doskonale, jeśli tylko zapomnę o nieśmiałości i nabiorę nieco więcej wiary we własne siły. Miałam tylko bezpośrednio i szczerze opisać swoje osiągnięcia i kwalifikacje i określić warunki, a potem czekać na rezultaty. 

Jedyny warunek, jaki ośmieliłam się postawić, to dwa miesiące wakacji rocznie, kiedy będę mogła odwiedzić najbliższych, w środku lata i na Boże Narodzenie. W swojej odpowiedzi nieznana dama nie odmówiła. Stwierdziła, że moje umiejętności bez wątpienia okażą się satysfakcjonujące; jednak angażując guwernantkę, uważa je za kwestie mniejszej wagi, jako że, mieszkając w pobliżu O_____, może nająć nauczyciela, który uzupełni jakiekolwiek braki w nauce, natomiast, jej zdaniem, moralność niemal bez skazy, łagodny i pogodny temperament i uprzejme usposobienie stanowią najistotniejsze wymagania. 

19:43, agnesgrey
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4